To będzie wyznanie człowieka uzależnionego, kierowane głównie do sióstr i braci w niedoli. Kto nie potrzebuje co miesiąc, co tydzień, codziennie nowej muzyki, ten nie wie, jak łakomego potwora trzeba karmić.

Współczuję ludziom, którzy mają jedną ulubioną piosenkę i niczego więcej do szczęścia im nie trzeba. Żal mi znajomych, którzy od liceum słuchają na zmianę „Arise” Sepultury i debiutu Pearl Jam, i to im wystarczy – bo wiem, że dużo tracą. Współczuję, ale z drugiej strony trochę zazdroszczę. Jaka to oszczędność czasu, pieniędzy i energii, tak sobie raz na zawsze ustawić soundtrack do swojego życia i więcej o tym nie myśleć!

Wziąć sprawy w swoje ręce 

Pogoń za nowościami bywa męcząca i kosztowna. Kuszą promocyjne slogany, teledysk wiele obiecuje, zespół w wywiadach mówi, że to najlepsza płyta jego życia, a może nawet najlepsza, jaką nagrano w tej dekadzie – więc człowiek słucha, zdarza się, że kupuje, ale po dwóch tygodniach nie pamięta już w ogóle, że coś takiego wyszło i kurzy się na półce.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej