We wszystkich polskich mediach epitafia dla Marka Karewicza. Nic dziwnego – to wspaniała postać, zasłużony popularyzator jazzu i rocka, wybitny fotograf. Pisze się w tych pożegnaniach, że robił zdjęcia muzykom The Rolling Stones podczas ich pierwszego pobytu w Polsce, że pięknie sportretował Milesa Davisa, Raya Charlesa i dziesiątki innych światowych gwiazd muzyki.

Wiele z tych zdjęć widziałem – rzeczywiście, znakomite. Ale nie one zapewnią panu Markowi nieśmiertelność, nie one są najważniejsze. Dla Davisa i Stonesów nie mają znaczenia, nie wpłynęły nijak na ich karierę, publiczny wizerunek, na to, jak są postrzegani, jak będą pamiętani. Karewiczowi udało się coś innego. Kiedy wyobrażamy sobie polski jazz i ten nasz bigbit, widzimy go oczami Karewicza – oto jest dzieło jego życia.

Marek Karewicz. Od Nalepy do Korteza

Zacznę od końca. Od okładki „Mojego domu”, drugiej płyty Korteza wydanej w listopadzie 2017 r. Muzyk na spacerze z synem – wzruszający, rodzinny obrazek, który dobrze oddaje charakter tekstów. Ale przecież jest na tej okładce coś jeszcze, komunikat do wszystkich świadomych odbiorców muzyki: „Nie wziąłem się znikąd. Znam historię polskiej muzyki popularnej, szanuję ją i do niej się odnoszę. Jestem częścią większej całości”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej