Jarek Szubrycht: Po co wam to?

Janusz Panasewicz: W czerwcu ubiegłego roku zadzwonił do mnie RMF, robili wywiad z okazji 34. rocznicy wydania płyty. Sami byśmy nie pamiętali, ale skoro już przypomnieli, zaproponowałem Jankowi Borysewiczowi, że może warto uczcić 35-lecie. Zaproponowałem menedżerowi serię koncertów z tym repertuarem i scenografią z epoki, ale nie myślałem o tym, żeby nagrywać płytę. Po co, skoro już raz została nagrana?

Pół roku później dowiaduję się, że będziemy nagrywać. Mam wejść do studia i zaśpiewać to samo? Okazało się, że nie. Kiedy dowiedziałem się, jacy wokaliści przyjęli zaproszenie, zmieniłem nastawienie. Niektórzy z nich są bardzo młodzi, z innego kosmosu. Byłem ciekaw, jak to zrobią.

Przyszło mi do głowy porównanie z płytą Zbigniewa Wodeckiego, którą nagrali z nim ponownie Mitch & Mitch, ale to jednak inna historia.

– To prawda. O tamtej płycie nikt nie pamiętał, nigdy nie była tak popularna.

Tymczasem wasz debiut odniósł ogromny sukces i wciąż jest słuchany.

– No tak. Mnie ta płyta skłania do zamyślenia się nad tym, co się wtedy wydarzyło i gdzie dziś jesteśmy. Nie narobiłem się tym razem w studiu, za to z przyjemnością porównuję oryginalne wersje piosenek z nowymi. Śpiew Janka we „Wciąż bardziej obcy” jest smutnawy, ale zdecydowany w swojej barwie i wymowie.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej