Aplikacja Tinder znana jest mi co prawda jedynie ze słyszenia, ale od aktywnie randkujących kolegów i koleżanek nasłuchałem się o niej niemało. Krótko mówiąc, dzięki tej technologii nawet jednostki umiarkowanie uspołecznione są w stanie znaleźć w okolicy kogoś chętnego na mniej lub bardziej zobowiązujące tête-à-tête.

Okazuje się jednak, że nie wszyscy mają ochotę się dotykać czy choćby niewinnie flirtować nad filiżanką herbaty, za to chętnie by się napili, ale samemu – jak wiadomo – nie wypada. Powstała więc aplikacja Bimber. Swojska nazwa to nie przypadek, wymyślili ją, zapewne spragnieni, rodacy. Teraz wystarczy smartfon, butelka ulubionego trunku, zdrowa wątroba i wolny wieczór, by znaleźć kompana do wypitki. Pierwsze reakcje użytkowników są entuzjastyczne, ale warto sprawdzić, czy wystawiają oceny jeszcze w trakcie imprezy, czy następnego poranka.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej