Początek filmu kojarzyć się może choćby z początkiem „Lśnienia” Kubricka: spoglądająca z góry kamera sunie za jadącym opustoszałymi drogami samochodem. Złowroga, ostra muzyka sugeruje bliski horror. Pogrążeni we śnie, może w letargu pasażerowie – w tym dzieci – nikną w zamaszystej perspektywie nieba i okalających lasów Kotliny Kłodzkiej. Szaleństwo wisi w powietrzu. Może jest jedynym ratunkiem?

>> Codzienne relacje z Festiwalu Filmowego w Gdyni

Słowa „objawienie” używamy często na festiwalu w Gdyni – w dobrej wierze – zbyt pochopnie, ale do „Wieży. Jasnego dnia” pasuje jak żadne inne. Młoda dziewczyna Jagoda Szelc, jeszcze studentka, w grupie podobnych sobie, piekielnie zdolnych zapaleńców i pod okiem opiekuna Mariusza Grzegorzka zrobiła film, który stanowi w polskim kinie nową jakość. Brawurowy warsztatowo, mistrzowsko zagrany (i to przez aktorów – jaka to ulga, a zarazem: jaka to szkoda! – w ogóle przez nasze kino dotąd niewykorzystanych), zjawiskowo precyzyjny, a zarazem całkowicie otwarty.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej