OLGA DRENDA*: Autobiografia, wywiady rzeki, akademickie rozprawy, analizy twórczości, do tego jeszcze dziesiątki mniejszych i większych tekstów w prasie. Po co Lemowi jeszcze biografia?

WOJCIECH ORLIŃSKI**: Bo mu się należy. Kiedy sam 10 lat temu dokładałem cegiełkę do tego bogactwa, pisząc „Co to są sepulki? Wszystko o Lemie”, pominąłem całkowicie wątki biograficzne. Wydawało mi się – na podstawie tego, co Lem mówił sam o sobie – że jego życie było nudne. Wojnę wspominał niemal z humorem – a to odpalił dla kawału świecę dymną, a to wymontował coś z czołgu.

Potem oczywiście okazało się, że to sam Lem zrobił zasłonę dymną. Gdy w wywiadach mówił o żywocie statecznego mieszczanina, w istocie dawał do zrozumienia: „Już wam wszystko powiedziałem, nie będę tego powtarzać, bo to nudne, nic ciekawego mi się nie przydarzyło”. W rzeczywistości zaś najpierw o mało co nie został zatłuczony na śmierć podczas pogromu, potem pracował w zakładach Rohstofferfassung – co ocaliło mu życie, bo dawało tzw. mocne papiery – a potem się ukrywał, nie wiadomo, jak długo, i nie do końca wiadomo, jak i gdzie.

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej