Zmiana rządów to zwykle także zmiana języka. Tzw. dobra zmiana jest pod względem językowym bardzo wyrazista, a jej architekci twórczy, ale i zaborczy. Niektórzy żądają zmian w gramatyce i wprowadzenia formy „wziąść”, inni majstrują przy warstwie symbolicznej i przekonują, że biała róża to symbol nienawiści, w dodatku skrajnej.

Niektóre frazy czy słowa wydają się przemyślane – w tym sama „dobra zmiana”, „500+” czy nawet podejrzanie łagodne „wygaszanie”. Inne padają w emocjach.

I tak 18 lipca w Sejmie usłyszeliśmy, że opozycja to „kanalie”, które wycierają sobie nazwiskiem Lecha Kaczyńskiego swoje „zdradzieckie mordy”, a to przecież oni go „niszczyli i zamordowali”. Zawrzało. Pojawiły się zaraz komentarze, że Jarosław Kaczyński w końcu zrzucił maskę.

Mną te słowa aż tak nie wstrząsnęły. Człowiek w emocjach – na przykład w strachu przed tłumem ludzi przed Sejmem i przed sądami – czasami posuwa się do inwektyw, za które powinien potem zresztą, na spokojnie, przeprosić. Większe wrażenie zrobiły na mnie słowa, które Kaczyński wypowiedział jeszcze spokojnie, wchodząc na mównicę: „Ja bez żadnego trybu”.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej