La Belle époque to czas od zakończenia wojny francusko-pruskiej w 1871 r. do wybuchu I wojny światowej. Piękny czas fantastycznego wręcz postępu. Bo kto rozsądny spodziewał się, że ludzie będą latali jak ptaki, dorożki jeździły bez koni, obrazy zaczną się ruszać, a Europa wytrzyma ponad czterdzieści lat bez wielkich bitew.

Breslau rozwinął wtedy skrzydła i faktycznie poczuł, że życie jest piękne. W momencie zakończenia wojny francusko-pruskiej był trzecim pod względem wielkości miastem cesarstwa niemieckiego, mieszkało tu ponad 200 tys. osób. Ambitnych i chętnych do robienia interesów. A gdy przegrana Francja musiała zapłacić gigantyczną kontrybucję, 5 mln franków w złocie, Breslau też wyciągnął do swojego rządu rękę po kawałek z tego tortu. Efekty widać było gołym okiem.

Jak grzyby po deszczu wzrastały hale targowe (przeniesiono do nich z centrum drobny handel detaliczny), wielkie domy handlowe i domy towarowe, m.in. dom braci Barasch, czyli dzisiejszy Feniks, wzniesiony w 1903 roku. Powstawały okazałe siedziby banków (przebudowano bank Heimannów w rynku), szpitale, szkoły, sieć łaźni miejskich, a Odrę spięły nowe mosty.

Ale boom budowlany, występujący w wielu epokach, stał się tylko dodatkiem do rewolucyjnej zmiany stylu życia.

„Więcej powietrza, więcej światła” – powtarzali magistraccy urzędnicy próbujący zmienić obraz Breslau z czasów Goethego: brudnego, śmierdzącego, ciasnego, prowincjonalnego miasta.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej