Noble literackie nie od dziś mają niewiele wspólnego z literaturą. Bywają jednak werdykty, a nawet nieoficjalne nominacje, które cieszą. Od lat na giełdzie nazwisk krążył Bob Dylan - teraz jurorzy mu Nobla przyznali, tym samym reanimując tę nagrodę. Co ważniejsze, otworzyli literaturę na twórczość, która kiedyś była jej naturalną częścią, a dziś umiejscawiana jest zazwyczaj na literackich peryferiach, najchętniej zaś - poza literaturą.

Chodzi nie tyle o twórczość wiązaną z obiegiem kultury popularnej, ile o utwory, w których słowo nie jest sekwencją czarnych liter na białej kartce, ale żywym głosem, wspólnikiem rytmu i melodii. Jak balet, który pozbawiony muzyki może śmieszyć lub dezorientować, tak te utwory bez głosu i muzyki byłyby zaledwie jednowymiarowym cieniem samych siebie. Nagrodzenie Boba Dylana wymagało odwagi, bo krążące pogłoski o Noblu dla niego spotykały się czasem ze słowami krytyki, że Bob Dylan to niby nie literatura, a tym bardziej nie poezja. Że to być może genialny muzyk i tekściarz, ale nie postać, która mogłaby stanąć w jednym szeregu z poetami wyróżnionymi tą nagrodą.

Pozostało 95% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej