W ostatnich latach owady zapylające rośliny nie mają lekko. Spada liczebność wielu gatunków i w dużej mierze odpowiada za to człowiek, który zajmuje ich siedliska i zatruwa życie przy użyciu rozmaitych pestycydów.

Owady więc przenoszą się do miast. Jest tu mniejsza liczba drapieżników i wyższe temperatury niż na prowincji, co jest korzystne dla południowych, ciepłolubnych gatunków.

Miasta to również niedogodności w postaci tłumów ludzi, zanieczyszczeń, a w szczególności problemów ze znalezieniem pożywienia. Pomijając parki czy prywatne ogródki, często trudno w nich o rośliny, na których mogłyby się pożywić nektarem. Królują trawniki.

Na szczęście możemy owadom pomóc. Wystarczy, że wprowadzimy odrobinę dzikości, która będzie z pożytkiem nie tylko dla nich, ale też dla nas samych.

Trawnik to pustynia

Coraz lepiej rozumieją to niektórzy samorządowcy, dzięki którym w wielu polskich miastach pojawiają się ukwiecone łąki składające się z rodzimych, dzikich kwiatów. Można je już znaleźć chociażby w Gdyni, Gdańsku, Białymstoku, Warszawie, Katowicach czy we Wrocławiu i z każdym rokiem dołączają kolejne.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej