Bobry są objęte częściową ochroną w Polsce, ale regionalne dyrekcje ochrony środowiska dają pozwolenia na odstrzał. Tylko podobno myśliwi się nie palą. Dla zachęty minister rolnictwa zadeklarował, że uzna bobra za zwierzę jadalne, i przypomniał, że ogon bobra jest ponoć afrodyzjakiem.

Takiego ministra rolnicy powinni pogonić z grabiami.

Bobry to jedyne istoty poza człowiekiem, które budują tamy, żeby podnosić poziom wody w rzeczkach i kanałach. Chodzi im o to, by wejścia do nor i żeremi, w których mieszkają (w monogamicznych parach, jak Bóg przykazał!), były cały czas pod wodą, ale przy okazji zabezpieczają nas przed gwałtownymi wezbraniami i powodziami oraz suszą, bo bobrowe zbiorniki oddają wodę powoli.

Tam, gdzie żyją bobry, rolnicy nie mają kłopotów z nawadnianiem pól nawet w czasie dużych susz, a w glebie jest więcej organicznych substancji odżywczych. Czystość wody także ulega poprawie, bo tamy spełniają funkcję filtrów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej