W podkrakowskiej wsi, w której mieszkam, dwie noce temu obudziło mnie oberwanie chmury. Ostatniej nocy to samo - wstałem, żeby popatrzeć, jak płynie nasza ulica. Potem usłyszałem syrenę Ochotniczej Straży Pożarnej z sąsiedniej wsi. Kogoś zalało. Rano znowu zawyła.

Płynąca doliną rzeczka już od kilku dni rwie i ryczy niczym szalony górski potok. Na dodatek pełen błota.

To prawda, na południu naszego kraju (i na Wybrzeżu) zwykle pada mocniej niż w całej Polsce. W Tatrach potrafi rocznie spaść nawet ponad 1000 mm (1 m) wody.

Jednak nie da się ukryć - sytuacja, w której w ciągu kilku dni z nieba leje się od jednej piątej do jednej trzeciej łącznych rocznych opadów, jest daleka od normy. To tzw. pogoda na sterydach.

Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej w Warszawie oznaczył Małopolskę i Podkarpacie trzecim stopniem ostrzeżenia hydrologicznego. Oznacza to, że poziom rzek w tych województwach przekroczył stan alarmowy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej