Czas biegania to czas filozofowania. Kiedy ćwiczę w siłowni, nie myślę właściwie o niczym. Tym bardziej że kiedyś instruktor zrugał mnie, żebym nie dumał o niebieskich migdałach (np. o tekstach, które mam napisać), tylko wizualizował pracę ćwiczonych mięśni – bo wtedy wzmacniam odpowiednie połączenia nerwowe i w efekcie same mięśnie robią się mocniejsze (nic z tego, wolę wykorzystać ten czas na medytacyjne niemyślenie).

Podczas biegania tak się nie da. Najgorsze, co można wtedy zrobić, to myśleć o bieganiu. To szczególnie zabójcze na mechanicznej bieżni, w środowisku pozbawionym bodźców. Człowiek zaraz czuje się sto razy bardziej zmęczony. Co chwilę patrzy na zegarek i zastanawia się, ile jeszcze. Ile jeszcze?!

Boże, już nie mogę.

Dlatego bieganie – odwrotnie niż siłowanie – sprzyja myśleniu o niebieskich migdałach. Człowiek wtedy frunie bezboleśnie i ani się obejrzy, dociera do mety.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej