Stałem i patrzyłem jak urzeczony. Byłem w samym centrum Warszawy, tuż pod Pałacem Kultury i Nauki. Ale to nie ten wielki budynek robił na mnie wrażenie, lecz to, co działo się na trawniku przed nim.

Wyglądało na to, że ten trawnik - zdeptany, nieco zaśmiecony i pokryty zwiędłą trawą - nagle ożył. Cały się ruszał - jak okiem sięgnąć przeszukiwały go kohorty wróbli i mazurków. Inne w małych grupkach przetrząsały okoliczne kosze.

Jedne i drugie miały w zupełnym poważaniu kręcące się obok wrony i sroki, nie mówiąc o gawronach i gołębiach.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej