Stałem i patrzyłem jak urzeczony. Byłem w samym centrum Warszawy, tuż pod Pałacem Kultury i Nauki. Ale to nie ten wielki budynek robił na mnie wrażenie, lecz to, co działo się na trawniku przed nim.

Wyglądało na to, że ten trawnik - zdeptany, nieco zaśmiecony i pokryty zwiędłą trawą - nagle ożył. Cały się ruszał - jak okiem sięgnąć przeszukiwały go kohorty wróbli i mazurków. Inne w małych grupkach przetrząsały okoliczne kosze.

Jedne i drugie miały w zupełnym poważaniu kręcące się obok wrony i sroki, nie mówiąc o gawronach i gołębiach.

Ich bazą wypadową okazały się niskie żywopłoty, gęste tak, że tylko te drobne ptaszki mogły się w nich skryć. Pełne różnorakich śmieci wydawały się bezpiecznym schronieniem, nie tylko na noc.

Kilka razy udało mi się przyuważyć, jak wróble wciągają do swojej żywopłotowej bazy jakieś większe kawałki pieczywa czy skórki, by je tam bezpiecznie konsumować. 

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej