Śpiąca idylliczna wioska Pont-Saint-Esprit leżąca na południu Francji obudziła się deszczowym porankiem w sobotę 16 sierpnia zdjęta grozą. Ulicami przemykały się monstra pożerające ludzkie mięso. Żywe mięso.

Ludzie uciekali w panice lub zdjęci grozą atakowali się wzajemnie, nie będąc pewni prawdziwej tożsamości przechodniów. Jedenastolatka omal nie zadusiła własnej babki. Ktoś nożem rozciął pierś rzeźnika, tłumacząc, że musi uwolnić swoje serce. Kamieniarz Gabriel Validire stwierdził, że jego głowa zamieniła się w miedziany sagan, a w brzuchu kłębią mu się węże.

Mężczyzna stojący na parapecie był w tej szczęśliwej sytuacji, że mógł bez trudu umknąć napastnikom. Umiał latać, co było oczywiste, ponieważ urodził się jako samolot. Oznajmiając to głośno całej wiosce, poszybował i połamał się na bruku.

Ani on nie był samolotem, ani na ulicach nie było nikogo poza dotychczasowymi mieszkańcami. Oficjalne wyjaśnienie mówiło o zatruciu chlebem skażonym halucynogennym grzybem, sporyszem, a oskarżenie padło na Roicha Brianda, który prowadził boulangerie.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej