To musiała być piękna katastrofa. Widzialna i odczuwalna w promieniu kilkuset kilometrów. Po krótkim, spektakularnym locie meteoryt uderzył w Grenlandię, powodując eksplozję o mocy kilkuset 1-megatonowych bomb atomowych.

Naukowcy z Muzeum Historii Naturalnej w Kopenhadze natrafili na jej pozostałości właściwie przypadkiem. Trzy lata temu przeglądali nowe mapy radarowe Grenlandii sporządzone przez ich amerykańskich kolegów. Na jednej z nich dostrzegli ogromną i wcześniej nieopisaną depresję leżącą pod lodowcem Hiawatha spływającym z północnej części wyspy.

- Od razu wiedzieliśmy, że trafiliśmy na coś niezwykłego - wspomina geolog prof. Kurt Kjær. W końcu niedaleko jego biura, na dziedzińcu muzeum, stoi 20-tonowy żelazny meteoryt wydobyty z miejsca nieodległego od lodowca Hiawatha.

Kolejne lata międzynarodowy zespół uczonych zebrany przez Duńczyków spędził na dalszych badaniach tego, co geolodzy z Kopenhagi znaleźli na mapie. W rejon interesujący uczonych poleciał m.in. wyposażony w radar geologiczny samolot należący do niemieckiego Instytutu Badań Polarnych i Morskich im. Alfreda Wegenera. Naukowcy pobrali też próbki skał leżących niedaleko krateru.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej