Obie publikacje nie byłyby możliwe bez rozwoju narzędzi, dzięki którym genetycy nauczyli się sekwencjonować tzw. antyczne DNA - całe genomy ludzi zmarłych tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy lat temu. To prawdziwa sztuka, ponieważ martwe DNA lubi się rozpadać, a także jest łatwo zanieczyszczane przez obcy materiał genetyczny należący do mikrobów bytujących na szczątkach czy choćby naukowców próbujących je studiować.

W badaniach genetycznych ważne jest więc zachowanie restrykcyjnych środków czystości, a w badaniach antycznego DNA dodatkowo kluczowa jest umiejętność znalezienia w mocno zdegradowanych kościach (tkanka miękka zwykle się rozkłada) jak najlepiej zachowanego materiału genetycznego, a potem uzupełnienie ziejących w nim dziur, i namnożenie go tak, żeby szybko i tanio można go było przeanalizować.

Kiedy pozwalające na to techniki zostały stworzone, genetycy niczym barbarzyńcy wdarli się do archeologii i zaczęli wywracać do góry nogami osiągnięcia oparte na poszukiwaniu i analizie wykopanych z ziemi artefaktów. A lekceważenie barbarzyńców - do czego ludzie cywilizowani (w tym archeolodzy) mają tendencję - jak w książce "Who We Are and How We Got Here" (Kim jesteśmy i skąd tu się wzięliśmy) podkreśla jeden z autorów tzw. genetycznej rewolucji prof. David Reich z Harvardu, zawsze było błędem.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej