To historia z happy endem, który nadszedł dopiero 51 lat po odkryciu. 75-letnia dziś Jocelyn Bell Burnell - znana profesor astrofizyki i dama, uhonorowana tytułem szlacheckim przez królową Elżbietę II - robiła wówczas doktorat w Cambridge u astronoma Antony'ego Hewisha.

Analizując wydruki z danymi zebranymi przez radioteleskop, dostrzegła na nich zastanawiające i powtarzające się regularnie "mazy". Doszła do wniosku, że ich źródłem musi być jakieś ciało emitujące bardzo regularne sygnały radiowe.

Na początku młoda badaczka i jej promotor zastanawiali się, czy nie odkryli czasem obcej cywilizacji. Dlatego znaleziony na niebie obiekt nazywali LGM-1, co jest skrótem od 'little green men' - zielone ludziki

Naukowcy szybko doszli jednak do wniosku, że mają do czynienia z gwiazdą pulsującą promieniowaniem elektromagnetycznym. Nazwali więc ją pulsarem.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej