Przed chwilą zakończył się największy wyścig kolarski w szwajcarskiej Romandii, promienie zachodzącego słońca ślizgały się gdzieś za mną po ośnieżonych szczytach Alp, przejrzyste wody jeziora Neuchatel muskały nabrzeże, a okolicę ponownie wypełniła niedzielna cisza. Zajadałem właśnie francuską bagietkę na pobliskim murku, gdy po okruchy zgłosiła się para wróbli.

Początkowo brązowo-szarzy ptasi przyjaciele nieśmiało podskakiwali w bezpiecznej odległości, ale wyzbyli się wszelkich obaw, gdy nieopatrznie strząsnąłem okruchy ze spodni*. Zachwycone zdobyczą po chwili wróciły z całą swoją wróblowatą rodziną.

Oczarowany spotkaniem z gangiem niewielkich ptaków uświadomiłem sobie nagle, jak dawno nie widziałem wróbla! W ogrodzie odwiedzały mnie wiecznie ciekawe sikorki, zachwycał nawet szpak, który nie wiadomo gdzie nauczył się nucić melodię z „Mostu na rzece Kwai”. Ze studiów w Krakowie pamiętam mnóstwo gołębi.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej