Kilka lat temu poznałem pewnego kolosa i maluchy, które na nim rosną. Znalazłem je przy mało uczęszczanym szlaku.

Kolos to wielki dąb. Musiał umrzeć na stojąco wiele lat temu. Może mnie wtedy nie było jeszcze na świecie. Później pień wypróchniał w środku i pękł. Huknął o glebę z taką siłą, że korona popękała na drobne kawałki, ale główne cielsko przypominające wielkiego starego wieloryba zostało. Z czasem szarość dębowej kory ustąpiła zieleni mchów, które łapały i utrzymywały wilgoć.

Szpary kory i wilgoć to było idealne miejsce dla maleńkich świerków. Wystarczyło, że na dąb padły niesione z wiatrem nasiona, a już po chwili wśród mchów pojawiły się te niezwykle mało wymagające drzewka.

Z początku nie przypominały w niczym świerków. Ot cienka łodyżka z paroma igiełkami u góry. Ledwo można było je wypatrzeć wśród mchów. Dziś to już drzewka o wysokości kilkunastu centymetrów.

CZYTAJ TEŻ: Minister Szyszko przerazi się, jak to przeczyta: "zwały pni, uschłe, połamane, dzikie, zmarłe i gnijące szkielety"

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej