Nie czułem już ani złości, ani bólu, ani smutku, tylko potworną bezsilność i bezradność. Szedłem i przypominałem sobie: gdzieś tu dziuple miały dzięcioły czarne; gdzieś tu była ta tegoroczna dziupla trójpalczastych; gdzieś tu leżał ten omszony konar dębu z hubami, który lubiłem fotografować.

To „gdzieś tu”  powtarzałem w myślach jak człowiek, który wraca do zbombardowanego miasta i jedyne, co może powiedzieć to, że „gdzieś tu” były miejsca, które kochał.

Wojenne porównanie wcale nie jest na wyrost. Tak właśnie wygląda to, co zrobiono w okolicach Dąbrowy, w ramionach Tryby Wilczej i Tryby Grubolipnej. Jakby ktoś Puszczy wypowiedział wojnę. To nie jest zwykła wycinka, do której w ciągu ostatniego roku już przywykłem, która wkurza, która boli, ale która nie powoduje obezwładniającego przerażenia i bezsilności.

Ukochana Dąbrowa

Teremiski i polana, na której znajduje się nasza wieś, jest otoczona Puszczą. Gdy wyruszam z domu na południe, to trafiam na podmokłe miejsca. To kraina jesionów, olch, grabów. Świerki są tylko dodatkiem, podobnie dęby, a wolących suche miejsca sosen w ogóle nie ma.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej