Opinia publiczna dowiedziała się o planowanym szczycie w Camp David dopiero wtedy, gdy Donald Trump postanowił go odwołać. Wyjaśnił, że powodem jest czwartkowy zamach bombowy talibów w pobliżu ambasady USA w Kabulu, w którym zginął amerykański żołnierz (a także Rumun i 10 cywilów).

Dla wielu było szokiem, że do prezydenckiej rezydencji, w której odbywały się kluczowe międzynarodowe negocjacje i wydarzenia, Trump zaprosił rebeliantów, z którymi USA od 18 lat prowadzą wojnę, aby podpisać porozumienie pokojowe de facto pieczętujące porażkę Ameryki.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej