– Z czasem zaczynasz czuć się jak robot. Choć pęka ci serce, codziennie wchodzisz do celi i zabierasz dzieciom łóżka, żeby zrobić miejsce dla kolejnych – opowiada strażnik z ośrodka dla imigrantów w Clint w Teksasie w rozmowie z „New York Timesem”.

Do ośrodka trafiają głównie dzieci samotnie przekraczające granicę z USA, czyli podróżujące bez opieki nastolatki, albo dzieci będące pod opieką dorosłych, którzy nie są ich rodzicami.

Dziennikarze porozmawiali z rodzicami dzieci, które były tam przetrzymywane, ze strażnikami, prawnikami i okolicznymi mieszkańcami. Okazuje się, że w ośrodku panują koszmarne warunki.

Choć jego pracownicy wchodzą tam w maskach i rękawiczkach, świerzb, półpasiec i ospa są na porządku dziennym, bo ośrodek jest przepełniony.

W celach przeznaczonych dla dwudziestki często siedzi nawet czterdziestu nieletnich imigrantów, wśród nich maluchy poniżej trzeciego roku życia. Dzieci się nie myją, nie mają czystych ubrań ani szczoteczek do zębów, a smród bywa tak silny, że kiedy strażnicy wychodzą z pracy, ludzie odsuwają się od nich na ulicy.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej