Hasło „byle nie Frans Timmermans”, które zdominowało działania premiera Mateusza Morawieckiego na ostatnim szczycie UE, było tylko finałem kiepskiej albo prawie nieistniejącej kampanii państw Europy Środkowej na rzecz wepchnięcia któregoś z polityków regionu na jedną z głównych posad w Brukseli. To prawda, że starej Europie w tym rozdaniu kadrowym zabrakło samoograniczenia, ale trudno oskarżyć ją o szczególnie aktywne pomijanie interesów unijnego wschodu, który zachował się wyjątkowo niewiarygodnie i biernie.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej