W dniu, w którym Rosji przywrócono prawo głosu w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy (ZPRE), jako swojego kandydata na wiceprzewodniczącego Zgromadzenia Rosjanie podrzucili Europejczykom Leonida Słuckiego, szefa komisji zagranicznej Dumy. Należy to uznać za bezczelną kpinę, bo mamy do czynienia z osobą, której zgodnie z normami przyjętymi, a przynajmniej głoszonymi w Europie nie należy podawać ręki.

51-letni dziś polityk tak aktywnie orędował za aneksją Krymu, że już w marcu 2014 r. znalazł się w pierwszej siódemce Rosjan, na których USA nałożyły sankcje personalne „za Ukrainę”. Podobnie postąpiła Kanada, a także Unia Europejska, która odebrała mu prawo wjazdu do strefy Schengen (takich jak on „bezwjednych”, czyli pozbawionych prawa do wjazdu do Europy, Moskwa delegowała do Zgromadzenia jeszcze trzech).

Słucki wielokrotnie dowiódł, że na taką karę zasłużył, choćby regularnie organizując wyprawy na Krym różnych pożytecznych idiotów. Zafascynowani Putinem parlamentarzyści z Francji czy Włoch, nie wytrzeźwiawszy, głosili na takich wycieczkach, że okupowany półwysep stał się rajem na ziemi.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej