– Wczoraj w nocy przyjęliśmy ponad czterdzieści osób, większość z ranami postrzałowymi, a na dyżurze był jeden lekarz i dwie pielęgniarki. Sześć osób zmarło, bo choć robimy, co możemy, pacjenci często trafiają do nas w stanie krytycznym, a nie mamy tu nawet banku krwi – opowiada wyraźnie zmęczony dr Muhammad Muhsin, szef oddziału ratunkowego szpitala w jemeńskim Ad-Dali, 20 km od linii frontu między siłami rządowymi a szyickimi rebeliantami.

Maluchy, które nikną w oczach

Choć personelu na oddziale i w całym szpitalu jest jak na lekarstwo, kilkudziesięciu rannych jednej nocy to tutaj żaden wyjątek.

– Najwięcej trafia do nas z ranami postrzałowymi albo rannych w eksplozjach. Ci ludzie potrzebują często pilnej operacji, a my mamy tylko dwie sale i czterech chirurgów. Co możemy zrobić? Nic, po prostu tracimy pacjenta – opowiada, ocierając pot z czoła.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej