Przy zjeździe z autostrady A12 w miejscowości Zirl nad rzeką Inn stoi radiowóz. Policjanci puszczają Austriaków. Kierowcom samochodów na niemieckich tablicach każą jednak zjechać na pobocze.

– Zakaz wjazdu – informują, wskazując na czerwony znak z sylwetkami samochodu i motocykla. Zagraniczni kierowcy, klnąc pod nosem, wracali na zatłoczoną autostradę. W zeszły weekend władze Tyrolu zabroniły Niemcom i innym obcokrajowcom zjeżdżać na lokalne drogi.

Zakaz ma obowiązywać w weekendy, do 15 września. Czyli w okresie, gdy z Niemiec przez Austrię do Włoch jedzie sznur samochodów. W dużej mierze to urlopowicze. Część z nich zjeżdża z autostrad, by nie płacić obowiązkowego myta (najtańsza plakietka kosztuje dziewięć euro). Dla innych kierowców jazda przez tyrolskie wsie i miasteczka to sposób na uniknięcie autostradowych korków, które w okresie wakacyjnym są plagą. W takich sytuacjach aplikacje z nawigacją GPS natychmiast podpowiadają objazdy i prowadzą ich wiejskimi drogami przez Tyrol. W efekcie jednak ruch na drogach łączących małe miejscowości drastycznie się zagęszcza.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej