Andres Manuel Lopez Obrador stał w gronie współpracowników na scenie podczas poniedziałkowego spotkania z delegatami stowarzyszeń osób zaginionych, na którym miał zdać sprawę, jak realizuje wyborczą obietnicę, że jego rząd położy kres cierpieniom dziesiątków tysięcy rodzin od lat szukających swoich bliskich – uprowadzonych, najpewniej zabitych i pogrzebanych w zbiorowych, bezimiennych mogiłach. Do zabrania głosu szykowała się właśnie Karla Quintana, szefowa powołanej przez prezydenta narodowej komisji ds. poszukiwań osób, gdy przez tłum delegatów stojących z portretami zaginionych i plakatami „Gdzie oni są?” i „Uprowadzono ich żywych, żywych chcemy ich z powrotem!” przeszła powoli kobieta, podeszła do sceny i uklękła przed prezydentem, szlochając.

Na sali gwar i pokrzykiwania. Świta prezydencka zakłopotana, nie wie, co robić, ale prezydent pochyla się, ściska dłonie kobiety, a ta daje mu jakiś papier. Ona na kolanach, on zgięty wpół, rozmawiają.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej