Aż osiem godzin odpowiadał w środę na pytania brazylijskich senatorów z komisji konstytucyjnej tamtejszy minister sprawiedliwości Sérgio Moro. Były sędzia sam zdecydował się na wystąpienie w izbie wyższej, żeby uspokoić nastroje wokół skandalu, którego od półtora tygodnia jest głównym bohaterem: ujawnione przez media wiadomości sugerują, że doradzał prokuraturze, co ma robić, żeby doprowadzić do skazania na więzienie Luli da Silvy, byłego prezydenta i najpopularniejszego polityka w kraju.

Chodzi o rozmowy, jakie za pomocą szyfrowanego komunikatora Telegram Moro prowadził z prokuratorem Deltanem Dallagnolem. Ten drugi prowadził dochodzenie w sprawie rzekomej korupcji Luli, ale nie miał przeciw niemu mocnych dowodów. Zapisy pokazują między innymi, że zaledwie kilka dni przed złożeniem aktu oskarżenia sam nie był przekonany, czy były prezydent faktycznie dostał luksusowe mieszkanie w nadmorskim kurorcie jako łapówkę. Tymczasem Moro wielokrotnie przekonywał go do takiego podejścia do sprawy, dawał rady, jak prowadzić postępowanie, i strofował za opieszałość, jakby był jego przełożonym.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej