Tysiące manifestantów zbierało się dziś od rana pod siedzibą Legco, miejscowego parlamentu. Ubrani na czarno, niektórzy w kaskach na głowach, inni w goglach i w maskach robili wrażenie gotowych na wszystko. To ich odpowiedź na poczynania Carrie Lam, która w czwartek odmówiła spełnienia postulatów demonstrantów – definitywnego odwołania kontrowersyjnej ustawy i swojej dymisji.

Tłum pikietował też pobliską komendę główną policji na Wan Chai. Studenci mają z nią osobne porachunki: chcą, by rozliczyła się z przesadnego ich zdaniem użycia siły, gdy 12 czerwca, broniąc przed nimi budynku parlamentu, strzelała w ludzi gumowymi kulami i gazem pieprzowym oraz pałowała. Ranne zostały dziesiątki osób.

Protestujący, którzy zablokowali Hartcourt Road, dużą arterię w dzielnicy rządowej, wezwali mieszkańców do urządzania w niej pikników.

Pretekstem do użycia siły przez policję może być zajęcie przez nich holu urzędu skarbowego. W piątek władze zamknęły urzędy „ze względów bezpieczeństwa”, a parlament przerwał obrady.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej