Od rana w parku Wiktorii w sercu byłej kolonii brytyjskiej, gdzie co roku odbywa się nocne czuwanie w rocznicę masakry na Tiananmen (tak było i w tym miesiącu, 30 lat po wydarzeniach w Pekinie), gromadziły się dziesiątki tysięcy ludzi. Ubrani na czarno, wielu z bukietami białych kwiatów w ręku, skandowali hasła i nieśli transparenty. Powtarzały się w nich słowa: „Do dymisji”, "Przestańcie nas zabijać" i „Wycofać ustawę”.

Według wieczornych szacunków na ulice wyszło 2 mln ludzi (miasto liczy 7 mln). To największa demonstracja w historii Hongkongu.

Trasa marszu – przez park i pod siedzibę parlamentu – była tą samą, którą tydzień temu przeszło ponad milion ludzi. Domagali się odwołania projektu ustawy o ekstradycji, który pozwoliłby mimo braku formalnego układu Hongkongu z Pekinem wydawać wszelkich podejrzanych Chinom.

„Nie chcemy, by Hongkongiem rządził strach”

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej