Unijni ministrowie finansów w piątek nad ranem, po blisko 12 godzinach sporów, uzgodnili pierwsze szczegóły budżetu strefy euro, czyli, wedle oficjalnej nazwy, „budżetowego instrumentu na rzecz konwergencji i konkurencyjności”.

– Osiągnęliśmy to, po co się zebraliśmy. To świetny dzień dla Europy i strefy euro. Obietnice prezydenta Emmanuela Macrona są spełniane – przekonywał w piątek francuski minister Bruno Le Maire, wspólnie z niemieckim ministrem Olafem Scholzem, mówiąc o „wielkim kroku”. Z drugiej strony na przykład pozostająca poza unią walutową Polska nie przestaje trzymać kciuków, by eurobudżet utknął bądź jeszcze bardziej zmizerniał w przyszłych konfliktach głównych graczy UE.

Do wstępnej zgody na eurobudżet Macron nakłonił kanclerz Niemiec Angelę Merkel już w zeszłym roku. Prace nad tym pomysłem zlecił zaś ministrom finansów szczyt strefy euro w grudniu 2018 r. Jednak niektóre państwa – głównie Holandia wraz z grupą mniejszych północnych krajów strefy euro (m.in. Litwą, Łotwą, Finlandią) – tak bardzo rzucały kłody pod nogi, że rokowaniom w sprawie eurobudżetu groziło zerwanie. Nawet ostatniej nocy holenderski minister Wopke Hoekstra miał grozić opuszczeniem sali obrad. O ile jednak Holender był od dawna jastrzębim przeciwnikiem eurobudżetu, o tyle wczoraj wieczorem na obrońcę bardzo ambitnego projektu wyrosła hiszpańska minister Nadia Calvino. Niemiec i Francuz mieli grać role koncyliacyjnych rzeczników kompromisu, choć zdaniem niektórych dyplomatów świadomie korzystali z postawy Holendra (pomocnego Niemcom) i Hiszpanki (pomocnej Francuzom), by wzajemnie temperować swe zamiary co nowej kasy dla eurostrefy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej