Szczegóły nie są znane. Repatriacja 12 dzieci dżihadystów z obozów al-Hawl i al-Rodż na północnym wschodzie syryjskiego Kurdystanu odbyła się w największym sekrecie.

Samolot wojskowy wylądował w poniedziałek 10 czerwca na lotnisku Villacoublay w departamencie Yvelines. Najstarsze z dzieci, które na lotnisku przyjęli pracownicy społeczni pod nadzorem prokuratora generalnego, miało 10 lat, najmłodsze – rok. Niektóre są chore, inne niedożywione.

Dziesięcioro to sieroty, które trafią do rodzin zastępczych w oczekiwaniu na wyniki dochodzenia w sprawie powierzenia ich dalszej rodzinie. Wiadomo, że jednym z chłopców, który podczas bombardowania wioski Baghuz, ostatniego ogniska oporu Państwa Islamskiego (ISIS), stracił rodziców i rodzeństwo, a sam został poważnie ranny, zajmie się jego dziadek. Dwoje – 3-letni Salman i 10-letnia Nihad – przyjechało do kraju za zgodą 32-letniej matki pochodzenia francusko-marokańskiego Saidy El-Ghaza. Ona sama została w obozie, gdzie przebywa od lata 2017 r., gdyż Francja odmawia przyjmowania z powrotem kobiet, które wyjechały, by dołączyć do ISIS. Ojcem młodszego z dzieci jest 29-letni Yassine Sakkam, jeden z 11 Francuzów skazanych w Iraku pod koniec maja na śmierć. Przyrodnim rodzeństwem zajmą się dziadkowie mieszkający w Lunel na południu Francji nieopodal Montpellier.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej