„Arm aber sexy” (biedny, ale sexy) – mówiono przez lata o Berlinie. Jeszcze kilkanaście lat temu, gdy miasto było pogrążone w stagnacji, nawet w ścisłym śródmieściu straszyły puste parcele. Berlin borykał się z wielkim zadłużeniem, kilkunastoprocentowym bezrobociem, wielcy inwestorzy omijali go z daleka.

Teraz ukuty dekadę temu slogan jest już nieaktualny. Stolica Niemiec przeżywa budowlany boom – tylko w zeszłym roku powstało tu prawie 17 tys. mieszkań, 6 proc. więcej niż w 2017 r. W mieście rosną nowe apartamentowce, na cele mieszkalne adaptuje się też stare budynki.

W stolicy Niemiec przybywa firm i nowych mieszkańców. W ciągu sześciu lat liczba berlińczyków zwiększyła się aż o 300 tys.

Od 2020 r. czynsze nie wzrosną nawet o centa

Ten gwałtowny rozwój ma jednak ciemną stronę. Są nią rosnące w szalonym tempie czynsze. W zeszłym roku w porównaniu z poprzednim stawki wzrosły średnio aż o ponad 6 proc., najwięcej w całym kraju. Pod względem kosztów wynajmu Berlin zrównał się z Hamburgiem. Za metr kwadratowy mieszkania trzeba już zapłacić ok. 12 euro. Tyle że Hamburg, portowa metropolia, zawsze był drogim miastem do życia.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej