Gdy w poniedziałek rano służby miejskie sprzątały jeszcze bałagan po nocnych zamieszkach przed parlamentem, szefowa autonomicznych władz Hongkongu Carrie Lam zwołała konferencję prasową, by oznajmić, że masowe demonstracje nie skłoniły jej do zmiany zdania. Jest zdecydowana przepchnąć ustawę o prawie do ekstradycji z Hongkongu do krajów, z którymi metropolia nie ma stosownego porozumienia, m.in. do Chin.

Wśród mieszkańców Hongkongu ustawa budzi lęk. Często się słyszy, że będzie gwoździem do trumny autonomicznych swobód 7-milionowej metropolii.

Lam widzi to inaczej. – To ważny akt prawny, który pomoże utrzymać sprawiedliwość, a sprawi również, że Hongkong będzie mógł wypełniać swoje międzynarodowe zobowiązania, jeśli chodzi o przestępstwa międzynarodowe i transgraniczne – powiedziała dziennikarzom.

Obecny na konferencji korespondent Al-Dżaziry Adrian Brown odniósł wrażenie, że Lam „nic nie ruszy” i że nie odłoży projektu na półkę niezależnie od tego, ilu jeszcze ludzi wyjdzie na ulice.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej