Donald Trump zakończył kolejne tournee po Europie. Udało mu się nie popełnić horrendalnych gaf ani nikogo nie obrazić, nie licząc oczywiście burmistrza Londynu Sadiqa Khana, którego na Twitterze nazwał frajerem. Także londyńska demonstracja przeciwników amerykańskiego prezydenta była w zasadzie rytualnym wydarzeniem, które niczym nie zapisało się w pamięci.

Zachodnioeuropejscy politycy w prywatnych rozmowach utyskują, że Trump prywatnie jest prymitywny, że jego wiedza o świecie jest skromna, a apetyt na władzę ogromny. Dyplomaci opowiadają zaś anegdoty, jak to podczas pierwszego spotkania w Białym Domu kanclerz Niemiec Angela Merkel wyjaśniała mu podstawy funkcjonowania Unii Europejskiej. Nie udało jej się wtedy przekonać go do UE.

Trump przestał być dla Europejczyków jednak nieprzewidywalnym potworem. Stał się raczej nieokrzesanym krewnym, którego trzeba co jakiś czas zapraszać na rodzinne obiady i znosić jego – delikatnie rzecz ujmując – nietypowe zachowanie. Takie jak chociażby zachęcanie Brytyjczyków, by wyszli z Unii za wszelką cenę, choć w ciągu ostatnich dwóch lat zdali sobie sprawę, że na zerwanie wszystkich więzi z UE nie mogą sobie pozwolić.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej