Są takie miejsca w Hawanie, gdzie o każdej porze dnia można spotkać mały tłumek ludzi zatopionych w swoich telefonach. To lokalizacje państwowych sieci wi-fi, w których da się zalogować do internetu dzięki kodom na jednorazowych kartach dostępu kupowanym w biurach państwowego przedsiębiorstwa telekomunikacyjnego ETECSA: każda godzina kosztuje 1 wymienialne peso.

To jedna z dwóch obowiązujących walut w kraju, której kurs odpowiada mniej więcej dolarowi – dla większości Kubańczyków to odczuwalny wydatek, bo średnia pensja na wyspie wynosi pomiędzy 20 a 30 dolarów i nawet jeżeli doliczyć też dochody z dodatkowej pracy w sektorze prywatnym oraz finansowego wsparcia od krewnych z zagranicy, to dostęp do internetu po oficjalnych stawkach jest wciąż pewnym luksusem.

Z pomocą przychodzą więc przedsiębiorczy rodacy: w okolicach wielu punktów wi-fi można znaleźć lokal, którego właściciel podłącza się do sieci za pomocą własnego routera i odsprzedaje sygnał po trzykrotnie niższych stawkach. To usługa istniejąca w szarej strefie, nielegalna, ale tolerowana przez władze.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej