W środę o północy upływał termin sformowania rządu przez Beniamina Netanjahu. W kwietniowych wyborach jego Likud zdobył 35 ze 120 miejsc w Knesecie – tyle samo co opozycyjna centrowa koalicja Biało-Niebiescy, ale ponieważ Netanjahu miał większy potencjał do zbudowania większościowej koalicji, prezydent Reuwen Riwlin jemu powierzył to zadanie.

Jednak większości nie udało się zbudować. Kolejnym ruchem powinno być powierzenie teki premiera Benny’emu Gancowi, przywódcy Biało-Niebieskich. Jednak Likud wykonał uderzenie wyprzedzające. W nocy ze środy na czwartek wrzucił uchwałę o samorozwiązaniu Knesetu, przyjętą stosunkiem głosów 74 do 45.

Nowe wybory wcale nie rozwiążą problemu

Dlaczego Netanjahu nie dał rady? Poszło o pobór do wojska haredich, ortodoksyjnych Żydów.

Awigdor Lieberman, stojący na czele partii Israel Beitenu, skupiającej imigrantów z Rosji o świeckim światopoglądzie, żądał przyjęcia ustawy znoszącej zwolnienie uczniów szkół religijnych z obowiązku służby wojskowej. Netanjahu nie chciał się na to zgodzić, bo straciłby poparcie partii religijnych (16 mandatów). Z kolei bez Izrael Beitenu (pięć mandatów) dysponowałby równo połową głosów w Knesecie – a i to tylko teoretycznie, bo do tak chwiejnej koalicji nie wszyscy potencjalni sojusznicy Likudu chcieli wejść.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej