Mocno zróżnicowana grupa populistów, stanowczych eurosceptyków i skrajnej prawicy zdobyła w nowym Parlamencie Europejskim ok. 25 proc. mandatów, czyli o 3-4 pkt proc. więcej niż w kończącej się kadencji.

– Mimo przepowiedni czarnowidzów populiści nie wygrali eurowyborów. Wygrały siły, które chcą działać wewnątrz Unii na rzecz rozwoju Unii – powiedział Margaritis Schinas, rzecznik Komisji Europejskiej. Instytucje UE nie przestają fetować największej od 20 lat frekwencji (51 proc.), która zdaniem Schinasa jest „namacalnym dowodem, że unijna demokracja ma się dobrze”.

– Lęk przed skrajną prawicą w Parlamencie Europejskim zmobilizował siły prounijne i to zaowocowało wielkim wzrostem frekwencji oraz poparcia dla ugrupowań zielonych oraz liberałów na poziomie całej UE – komentował wczoraj Mark Leonard z Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych.

Frakcja zielonych – choć poprawili wyniki w wielu krajach – urosła liczebnie (z 52 do 69 europosłów) głównie z powodu świetnego rezultatu w Niemczech. Z kolei liberałowie, którzy łączą siły z europosłami Emmanuela Macrona, mocno rosną jako frakcja (z 69 do 109 europosłów) w dużej mierze dzięki Francji, i to mimo przegranej listy Macrona o włos z Marine Le Pen. Natomiast Włochy to główny odpowiedzialny za wzrost eurosceptyków połączonych z odpływem włoskich eurodeputowanych z EPL. Przyczyną jest wynik Ligi włoskiego wicepremiera Mattea Salviniego, która zdobyła 34 proc. głosów (w eurowyborach z 2014 r. Liga miała tylko 6 proc.).

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej