Bury kożuch smogu zasnuwa niebo nad olbrzymim miastem, w którym mieszka ponad 22 mln ludzi – co roku wiosną i latem, gdy nie pada, nie wieje, jest gorąco, a po ulicach krążą miliony aut i ciężarówek, zaś chłopi z okolicznych regionów masowo wypalają trawy.

Zabójcze pyły zawieszone

W tym roku od początku maja czapa smogu tak zdusiła stolicę Meksyku, że i lokalny rząd miejski, i stanowy zarządziły alarm.

Ograniczono używanie samochodów osobowych i ciężarówek przez osoby prywatne i firmy, podniesiono z 260 do 400 dolarów mandaty za złamanie zakazu, rządowy park samochodowy w połowie został na parkingach, zamknięto szkoły, mieszkańcom polecono nie tylko nie biegać, nie grać czy nie ćwiczyć na świeżym powietrzu, ale w ogóle zostać w domach. Firmom poradzono, by pracownicy w miarę możności pracowali zdalnie. W domach zostało również ponad 2 mln dzieci szkół średnich i podstawowych oraz ponad 400 tys. studentów uniwersytetu UNAM i politechniki IPN. Nigdy wcześniej coś takiego nie miało miejsca.

Pozostało 80% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej