Ponad trzy dekady po podpisaniu protokołu montrealskiego (1987 r.), który miał na celu radykalne ograniczenie produkcji i emisji chlorofluorowęglowodorów (CFC), czyli chemikaliów używanych w lodówkach i piankach izolacyjnych, naukowcy zauważyli, że dziury w warstwie ozonu chroniącej ziemię zmniejszają się coraz wolniej. Zjawisko to trwa od sześciu lat.

Winne okazały się nowe emisje CFC-11. To trichlorofluorometan z grupy CFC, używany na świecie począwszy od lat 30. XX wieku w urządzeniach chłodniczych. Jest pięć tysięcy razy bardziej szkodliwy od dwutlenku węgla.

Naukowcom zajęło dużo czasu zrozumienie, że wyemitowana do atmosfery CFC wypuszcza atomy chloru, które rozrywają warstwę ozonu chroniącą nas przed promieniami ultrafioletowymi emitowanymi przez słońce. W połowie lat 80. wykryto dużą dziurę ozonową nad Antarktydą.

Podpisany przez 197 krajów, w tym USA i Chiny, protokół montrealski zakazał użycia większości szkodliwych gazów, w tym CFC-11. Po wprowadzeniu go wróciła nadzieja: z badań wynikało, że dziurę nad półkulą północną uda się „zasklepić” do roku 2030, a nad Antarktydą - do 2060.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej