„Egipskie służby bezpieczeństwa zabiły co najmniej 40 podejrzanych o działalność terrorystyczną na Synaju i w Gizie” – głosił komunikat egipskiego MSW po ataku na turystów w Gizie sprzed kilku miesięcy, w którym zginęło trzech Wietnamczyków i ich przewodnik. Obok komunikatu zdjęcia zabitych terrorystów z bronią ułożoną obok ciał.

„Wielu z nich planowało całą serię ataków na instytucje państwowe, turystów, siły zbrojne i kościoły” – zapewnia resort, tłumacząc tak brutalną odpowiedź, choć obrońcom praw człowieka wychodzi, że wielu radykałów, którzy rzekomo zginęli w ofensywie, długo przed nią siedziało w więzieniu. Human Rights Watch podejrzewa wręcz, że egipskie służby specjalnie odegrały krwawo zakończone polowanie na terrorystów, żeby zatuszować wcześniej przeprowadzone bezprawne egzekucje na więźniach.

Brutalne obławy i nabijanie świata w butelkę to jednak niejedyny sposób na walkę z terroryzmem nad Nilem. Co trzy miesiące prezydent Abd al-Fattah as-Sisi odnawia stan wyjątkowy, który nie tylko daje mu prawo stawiania cywilów przed sądami wojskowymi i szafowania wyrokami bez prawa do apelacji, ale też pozwala na ścisłą inwigilację wszystkich kanałów komunikacji, w tym mediów społecznościowych. I tak od wiosny 2017 r., kiedy w Tancie i Aleksandrii terroryści wysadzili w powietrze dwa kościoły, zabijając 47 osób.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej