Ostatnie sondaże przed wyborami do Parlamentu Europejskiego dają – według średniej liczonej przez „Financial Times” – około 23 proc. mandatów europoselskich centroprawicowej Europejskiej Partii Ludowej (EPL), która obejmuje m.in. CDU, CSU, PO, oraz około 20 proc. centrolewicowym Socjalistom i Demokratom (S&D), do których należy m.in. niemiecka socjaldemokracja SPD i polskie SLD (a do wejścia do tej grupy kuszona jest Wiosna). Centroprawicy i centrolewicy po raz pierwszy zabraknie głosów do sformowania „wielkiej koalicji”, która – dzięki kontroli nad ponad połową izby – wystarczyłaby do zatwierdzenia nowej Komisji Europejskiej. Jednak naturalnymi kandydatami do jej poszerzenia są liberałowie wraz z europosłami Emmanuela Macrona (łącznie 13 proc. mandatów) oraz zieloni (7 proc.).

Choć wielkim tematem tej kampanii eurowyborczej była siła partii spoza głównego nurtu, to sondaże nie pokazują rewolucyjnych zmian. Bardzo niejednorodna mieszanka silnych eurosceptyków, populistów oraz skrajnej prawicy, do której wrzuca się partie od brytyjskich torysów poprzez PiS aż po AfD, powinna wedle ostatnich prognoz urosnąć z obecnych około 20 proc. do 25 proc. miejsc w Parlamencie Europejskim. – Pamiętam, jak przy eurowyborach z 2014 r. żyliśmy wizjami „wielkiej antyunijnej frakcji”. Nic z tego nie wyszło, ale teraz mamy powtórkę. Niewspółmierna uwaga mediów dla tych ugrupowań to stałe zjawisko – przekonuje holenderski ekspert od populizmu Cas Mudde z University of Georgia.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej