Najpierw był areszt. Przez dwa tygodnie Muhannad Gabbasz, student prawa z Aleppo, był bity, rażony prądem i podwieszany za nadgarstki, a śledczy wyrywali mu paznokcie i wkładali do ust pistolet, grożąc, że nacisną spust. Wszystko za udział w pokojowym proteście przeciwko reżimowi Baszara al-Asada.

Po 12 dniach tortur przyznał się do wszystkich wyssanych z palca zarzutów i w trwającym półtorej minuty procesie został skazany na śmierć.

– Nie chciałem się przyznać do czegoś, czego nie zrobiłem – wspomina w rozmowie z „New York Timesem”. – Ale to trudne, kiedy naraz przesłuchuje cię pięć osób. Jest ci zimno, chce się pić, usta masz pełne krwi, nie potrafisz się skupić. Wszyscy na ciebie krzyczą, wszyscy cię biją – opowiada.

ONZ: W więzieniach dochodzi do eksterminacji

Wspomina, jak w więzieniu wysocy rangą oficerowie torturowali, gwałcili i znieważali więźniów. Jeden z nich, o ksywce „Hitler”, zabawiał się, wieszając nagich więźniów na płocie i polewając ich zimną wodą.  Zmuszał ich do udawania psów, kotów i osłów, a nieposłusznych bił do nieprzytomności. Muhannad naliczył 19 kolegów z celi, którzy w ciągu ledwie miesiąca zmarli z powodu chorób albo tortur. Ci, których przenoszono do więziennych szpitali, też byli torturowani i zabijani. Gabbasz wspomina pielęgniarza zwanego Azraelem, który na jego oczach zabił pacjenta, bo ten poprosił o coś do picia. Kiedy Muhannada zmuszono do wyniesienia jego ciała do łazienki, znalazł tam dwóch kolejnych martwych więźniów.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej