"Wczoraj udało mi się, bo stałem tylko 13 godzin i pozwolono mi zatankować cały bak, prawie 50 litrów” – opowiada mi Eduardo, informatyk z Maracaibo, drugiego co do wielkości miasta w Wenezueli. Tam akurat kolejki po benzynę nie są niczym nowym, bo ze względu na bliskość granicy z Kolumbią przemyt praktycznie darmowego wenezuelskiego paliwa jest już od lat powszechnym i bardzo lukratywnym biznesem, zresztą niemal w całości kontrolowanym przez Gwardię Narodową.

Eskortowane przez mundurowych ciężarówki wyładowane niebieskimi beczkami z benzyną są powszechnym widokiem na polnych drogach przecinających granicę z sąsiednim państwem.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej