Na zaprzysiężenie prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego przybyli do Kijowa prezydenci krajów bałtyckich, Węgier i Gruzji. Zabrakło prezydenta Andrzeja Dudy. To błąd.

Relacje polsko-ukraińskie od trzech lat są w kryzysie. Rządzący, stając się zakładnikami nacjonalistów, nie potrafili przezwyciężyć sporów o tragiczną historię, zaczęli je wręcz podgrzewać. Warszawa przestała być adwokatem Kijowa w Unii Europejskiej. Tracą na tym obydwie strony. Nowy prezydent Ukrainy może oznaczać nowy początek w relacjach. Ale nie musi.

Tak, według protokołu dyplomatycznego to Zełenski jako obejmujący urząd później powinien najpierw odwiedzić Polskę. Obecność ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza na jego inauguracji z protokolarnych względów jak najbardziej wystarcza. Ale gdyby Andrzej Duda zdecydował się przyjechać na Ukrainę, wykonałby pod adresem nowego prezydenta znaczący gest. W dyplomacji liczą się właśnie takie sprawy.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej