Mimo że inauguracja prezydencka ma już swoją tradycję i określone procedury, to Wołodymyr Zełeński postanowił wprowadzić pewną zmianę. Wcześniej prezydenci elekci podjeżdżali samochodem pod samo wejście do parlamentu. Zełeński przemaszerował kilkaset metrów drogą, wzdłuż której stali widzowie. Nie obyło się bez show – witał się z ludźmi, uśmiechał, podawał dłoń, „przybijał piątki”, z niektórymi się nawet całował, pozował do fotografii i wykonał selfie z nastolatką. Nowy prezydent chciał pokazać, że jest blisko zwykłych ludzi.

Ale dalej było już poważnie, chociaż też z pewnymi humorystycznymi akcentami, na które pozwolił sobie Zełeński, przez wiele lat występujący w kabarecie i serialach komediowych.

Na uroczystość przyjechali prezydenci: Estonii, Gruzji, Litwy i Węgier oraz wysocy przedstawiciele z innych państw. Polskę reprezentował minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz. Byli też obecni wszyscy poprzedni prezydenci Ukrainy oprócz Wiktora Janukowycza, który w 2014 r. zbiegł do Rosji.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej