Zaczęło się ponad tydzień temu w Bawarii, gdzie działacze skrajnie prawicowego skrzydła AFD spotkali się w Greding pod Monachium. Gdy najważniejsi działacze – wraz z powiązanym z neonazistami posłem Björnem Höcke – wyszli na scenę, z głośników popłynął niemiecki hymn „Das Lied der Deutschen” (Pieśń Niemców). Ale nie śpiewana oficjalnie trzecia zwrotka, która mówi o „jedności, prawie i wolności dla ukochanej ojczyzny”, tylko wszystkie trzy. W tym ta ze słynnym zwrotem: „Niemcy ponad wszystko” i wymieniająca znajdujące się poza dzisiejszymi Niemcami rzeki Niemen, Mozę i Adygę jako granice państwa.

Słów tych nie śpiewa się w powojennych Niemczech, bo nie przystają do demokratycznego, pokojowo nastawionego państwa. Samo wymienienie rzek znajdujących się w Holandii, we Włoszech i na Litwie można by uznać za przejaw rewanżyzmu.

Dlatego występ działaczy AfD cały kraj odczytał jako kolejną skrajnie prawicową prowokację. Oburzenie było tak duże, że nawet wierchuszka AfD potępiła swoich kolegów.
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej