Melanezyjczycy zamieszkują archipelag 274 wysp, który leży pomiędzy północnym krańcem kontynentu a Papuą-Nową Gwineą. Wystąpili do Komisji Praw Człowieka ONZ w Genewie, oskarżając Australię o łamanie praw człowieka poprzez zaniechanie walki z efektem klimatycznym. Ich zdaniem, nie budując potrzebnej infrastruktury, rząd skazuje archipelag na zalanie. Ich kulturze grozi zagłada.

Sprawa jest tym ciekawsza, że ma charakter precedensowy. Takich sytuacji – zatopienia niżej położonych wybrzeży kraju i bezczynności rządu, który ma siedzibę na terenach położonych wyżej – może być na świecie coraz więcej.

Aborygenów reprezentuje grupa prawników z brytyjskiej organizacji non-profit ClientEarth. Będą chcieli udowodnić, że bezczynność rządu wobec zmian będących rezultatem ocieplenia klimatycznego łamie prawa tubylców.

Wyspy w Cieśninie Torresa zamieszkuje zaledwie 4500 osób. Ludności ubywa, bo część mieszkańców albo już się przeniosła na stały ląd, albo zamierza to wkrótce uczynić. O ich proteście zrobiło się jednak głośno nie tylko w Australii.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej