– Dostaliśmy wezwanie do zbombardowanego domu, dopiero w samochodzie spytałem, gdzie to jest, i usłyszałem: w domu Abu Asima. Zacząłem krzyczeć: „Jedź szybciej, tam są moje dzieci!” – opowiada w rozmowie z „Guardianem” Asim al-Jahja, ochotnik z syryjskich Białych Hełmów, ochotniczej organizacji, która ratuje Syryjczyków uwięzionych pod gruzami.

W ostatnią niedzielę bomby spadły na jego dom w prowincji Idlib w północno-zachodniej Syrii, gdzie mieszka z ciężarną żoną i trójką dzieci. – Kiedy zaczęliśmy kopać, w kółko myślałem: „Jak ja będę bez nich żył?” – wspomina.

Na szczęście jego rodzina przeżyła – udało się ich uwolnić spod gruzów, dochodzą do siebie w szpitalu. – Niby jesteśmy bezpieczni, ale najgorsze jeszcze przed nami – przyznaje.

ONZ: Wstrzymajcie naloty, oszczędzajcie cywilów

Asim ma powody, by się bać. Wygląda na to, że właśnie skończył się rozejm zawarty jesienią.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej